Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 maja 2011

tam i z powrotem

Tam: mnóstwo rozmów telefonicznych na lotnisku, niecała godzina lotu, jedna mała kawa, 3 sztuki bagażu.

_DSC0077

_DSC0082

_DSC0083

Z powrotem: raport pisany na dwa laptopy, osiem godzin podróży, trzydzieści minut spóźnienia na kolejny pociąg, jeden wypity litr coli, 2 sztuki bagażu.

_DSC0368

_DSC0370

Kolejne wpisy  też będą o Pradze. Która mnie jak zwykle powaliła na kolana, ale teraz trzy razy bardziej, niż zwykle i dzięki której podładowałam akumulatory, które już ledwo dychały. ;) 

poniedziałek, 7 marca 2011

ruszyła maszyna po szynach ospale

Uwielbiam pociągi.
Pociągami jeździłam na wakacje z babcią.
I na kolonie.
I obozy.
Uwielbiam zapach szyn kolejowych i tych drewnianych podkładów. To zapach wakacji we Władysławowie w 1988 roku :)
Początek związku z moim mężem to jazda pociągami. Co tydzień - dwa przez 1,5 roku. 
Praca magisterska częściowo pisana na trasie Wawa - Krk.
Nocna kuszetka z Krakowa do Gdańska, nasza ulubiona trasa, i za każdym razem zakład o to, czy właśnie przejeżdżamy przez Tczew, czy Elbląg.
16 godzin spędzonych w pociągu w Tajlandii, przed dotarciem do prawdziwego raju :)
Największe podróżnicze marzenie - Kolej Transsyberyjska.
I ostatnia, ubiegłotygodniowa podróż do Wrocławia, w "Eurocity" o standardzie TLK ;-) i bez wagonu restauracyjnego, a ja specjalnie bez śniadania, bo czekałam na parówki warsowe ;-)




























































I dworce kolejowe też lubię.
Lubię ten w Gdańsku.
I we Frankfurcie, bo mam słabość do dworców, na terenie których kończą się tory. I lubelski jest ładny. I wrocławski mnie zachwycił.
Dziś najbardziej lubię dworzec w Szklarskiej Porębie. Jest cudownie prowincjonalny, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, cudownie retro (o retro Szklarskiej będzie następny post), cudownie staro-dolnośląski i to niesamowite, że przez te kilka lat, kiedy mnie w Szklarskiej nie było, zapomniałam, jak bardzo go lubię.
I ta niesamowita skała!


środa, 2 lutego 2011

Minä rakastan Suomea

Czyli Kocham Finlandię.
Tydzień w czerwcu 2010.
Helsinki, Espoo, Tampere, Turku, Karkkila.
Niesamowity kraj. Prawdziwa dzika przyroda + niesamowita architektura + docenianie designu na każdym kroku. 
Białe noce. O północy siedziałam w knajpianym ogródku z okularami przeciwsłonecznymi na nosie :)
I nasi fantastyczni fińscy przyjaciele. Za 1,5 tygodnia znów się widzimy! Tym razem w Krakowie.

Zdjęcia robione zwykłą cyfrówką - lustrzankę kupiłam dopiero 2 czy 3 miesiące później, trochę obróbki w picasie; nawet nie mogłam zaokrąglić większości zdjęć, bo program do obróbki padł przy tych zdjęciach po pierwszych pięciu sztukach (podobnie miałam z innymi zdjęciami robionymi tą cyfrówką, więc może on nie lubi zdjęć z nie-lustrzanek?). 
Więc zdjęcia absolutnie nie-do-zachwycenia, ale może akurat kogoś zainspirują do spędzenia wakacji w Finlandii. Polecam z całego serca!

Najpierw Helsinki.





A propos designu na każdym kroku:


Helsinki nas trochę... nie to, że rozczarowały... zaskoczyły :) Są naprawdę niewielkie i gdybym nie wiedziała, gdzie jestem, nie pomyślałabym, że to STOLICA.

Z serii "coś starego w Finlandii" (koleżanka, która przeprowadziła się tam za mężem ma teorię, że kiedy w Europie kwitła już kultura i sztuka, to Finowie siedzieli w saunie :) ) - twierdza Suomenlinna (po fińsku to "Twierdza Fińska"; a po szwedzku "Twierdza Szwedzka", Sveaborg - Finowie i Szwedzi nie pałają do siebie jakąś wielką miłością. Zresztą pierwsze, co nas po fińsku nauczyli 6 lat temu nasi fińscy przyjaciele, to, łagodnie tłumacząc, "cholerni Szwedzi". Ach, jestem królowa offtopów!) – położona na grupie sześciu wysp niedaleko brzegu. Dawniej miała za zadanie bronić Helsinek od strony morza. Teraz mieszka na wyspach ok. 800 osób, a poza tym twierdza jest atrakcją turystyczną ze sporą ilością kawiarni i knajpek oraz jednym sklepem spożywczym, wyglądającym naprawdę niczym GS Społem. Na główną wyspę odpływa z helsińskiego portu prom, rejs trwa jakieś 20 minut. Uwaga na żarłoczne mewy.




 I moje chyba ulubione zdjęcie.

To prawdziwa twierdza, zatem pełna zakamarków


i strasznych lochów ;) 
A w drodze powrotnej - prawdziwa niespodzianka, powrót na ląd jachtem! Który właśnie wracał z wyprawy z północnofińskiego pojezierza. Dla mnie, córki zapalonych żeglarzy, coś cudownego - nawet pomimo faktu, że ja żeglarką nie zostałam. Zniechęcił mnie oblany egzamin na patent, w czasie którego przepłynęłam po człowieku za burtą (za człowieka za burtą robił kapok).


W domu naszych przyjaciół prawdziwa uczta: renifer. Starałam się nie myśleć o Rudolfie. Był przepyszny...


A później po raz kolejny Helsinki - tym razem by night. Te zdjęcia zrobiłam koło północy.



Kolejnego dnia - Tampere. Miasto typowo uniwersyteckie. Studenci jeżdżą na rowerach :)





I jeszcze wieża w Tampere z cudownym widokiem. Takim pure Finnish :)


A później było clou programu. To, na co czekaliśmy od 5 lat :)
Juhannus. Noc Świętojańska. Celebrowana w Finlandii bardziej, niż Sylwester. Jakieś 100 razy bardziej :)
W czasie Juhannusa fińskie miasta pustoszeją, autentycznie. Kto żyw, jedzie do mokki, odpowiednika czeskiej "chalupy", rosyjskiej "daczy" czy naszej "działki". 



My mieliśmy wielkie szczęście być w Noc Świętojańską w takim miejscu:


 I to prawda, że po saunie najlepsza na świecie jest kąpiel w zzzzzimnym jeziorze!

W kwestii architektury - zachwycający kampus Otaniemi autorstwa Alvara Aalto



Na pożegnanie katedra w Turku (zdaje się, że najstarsza w Finlandii)



A tuż przed wylotem do PL jeszcze krótka sesja cat-walkingu ;)