wtorek, 8 marca 2011

Man! I feel like a Woman.

Wszystkiego dobrego dla wszystkich Dziewczyn z okazji Dnia Kobiet!
:)
Jak słusznie zauważyła na swoim blogu Maggie, goździki zostały teraz zastąpione przez tulipany. Nie zliczę, ile dziś widziałam lekko nadwiędniętych pojedynczych tulipanów, niesionych przez dziewczyny ;) 
I ja dostałam swoje, w cudnym kolorze, z jednym dopiero co wyrośniętym pączkiem, kupione mimo gorączki, kaszlu, cieknącego nosa, dreszczy itepe. It must be love ;)
(Rajstopy też bym mogła dostać! Ładne widziałam niedawno!)

 

"Być kobietą to jest szczęście największe", powiedziała dziś Anna Dymna :)



poniedziałek, 7 marca 2011

50 kilometrów klasykiem

Tyle przebiegł mój tata w sobotę. Na biegówkach.
Zajęło mu to cztery i pół godziny.
Pękłam z dumy :)




























































































Ja też biegałam :) Pierwszego dnia z grubej rury 17,5 km, następnego już tylko 10 ;)
Zakochałam się w biegówkach na amen. Rewelacja. I w końcu do czegoś przydał się mój wzrost i długie kończyny, haha.
Zdjęć ze swoich biegów nie mam, poza tymi w komórce, bo za bardzo bałam się o aparat,  żeby go zabierać na trasę.
No i za rok też startuję! Na 10 kilometrów.

ruszyła maszyna po szynach ospale

Uwielbiam pociągi.
Pociągami jeździłam na wakacje z babcią.
I na kolonie.
I obozy.
Uwielbiam zapach szyn kolejowych i tych drewnianych podkładów. To zapach wakacji we Władysławowie w 1988 roku :)
Początek związku z moim mężem to jazda pociągami. Co tydzień - dwa przez 1,5 roku. 
Praca magisterska częściowo pisana na trasie Wawa - Krk.
Nocna kuszetka z Krakowa do Gdańska, nasza ulubiona trasa, i za każdym razem zakład o to, czy właśnie przejeżdżamy przez Tczew, czy Elbląg.
16 godzin spędzonych w pociągu w Tajlandii, przed dotarciem do prawdziwego raju :)
Największe podróżnicze marzenie - Kolej Transsyberyjska.
I ostatnia, ubiegłotygodniowa podróż do Wrocławia, w "Eurocity" o standardzie TLK ;-) i bez wagonu restauracyjnego, a ja specjalnie bez śniadania, bo czekałam na parówki warsowe ;-)




























































I dworce kolejowe też lubię.
Lubię ten w Gdańsku.
I we Frankfurcie, bo mam słabość do dworców, na terenie których kończą się tory. I lubelski jest ładny. I wrocławski mnie zachwycił.
Dziś najbardziej lubię dworzec w Szklarskiej Porębie. Jest cudownie prowincjonalny, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, cudownie retro (o retro Szklarskiej będzie następny post), cudownie staro-dolnośląski i to niesamowite, że przez te kilka lat, kiedy mnie w Szklarskiej nie było, zapomniałam, jak bardzo go lubię.
I ta niesamowita skała!


środa, 2 marca 2011

dawno temu w trawie

Kiedy ten post będzie się publikował na blogu ;) ja będę siedziała (mam nadzieję! niby miejscówkę mam, ale od dziś zmienia się rozkład jazdy, a wiadomo jak PKP lubią nas zaskakiwać) w ekspresie na zachód ;-) Tam po 4,5 godzinach przesiądę się do samochodu i po kolejnych dwóch godzinach dotrę na miejsce, gdzie po 3 dniach będę najgłośniej jak się da kibicować mojemu tacie, który po raz chyba szósty weźmie udział w Biegu Piastów :)

Tymczasem za 19 dni WIOSNA! Choćby nie wiem co, 21 marca założę moje ulubione balerinki. Choćbym miała w nich jedynie iść wywalić śmieci, a następnie z powrotem wskoczyć w buty zimowe.



























Ubiegłą wiosną robiłam te zdjęcia cyfrową małpką i zastanawiałam się, jak jesienią skopać ogródek, co nowego zasadzić, co wywalić i jakie drewno dać na schody... Yhy. Kolejna jesień nas zastanie z ogródkiem nieskopanym, niepoprzesadzanym i ze schodami nieobłożonymi drewnem.











































 






























O, i mieliśmy też zrobić jakiś utwardzony parking dla skutera. To chyba najprędzej się uda.
Jeszcze niecałe 3 tygodnie :)


wtorek, 1 marca 2011

pokaż mi swoją lodówkę...

Zawsze wiedzieliśmy, ze w naszym szaro-betonowym mieszkaniu nie będziemy mieć zbędnych pierdół. Że lodówka w końcu będzie wysoka (w pierwszym mieszkaniu mieliśmy taką maleńką podblatową), będzie miała kostkarkę do lodu i nic nie będziemy na niej wieszać.
Jasne ;)
Apogeum obwieszenia lodówka osiągnęła w okolicach ubiegłego sierpnia. Mieliśmy na niej m.in. 3 zaproszenia ślubne na wrzesień.

  
Teraz lodówka nieco mniej obwieszona, ale wciąż nie jest to nasz ideał, haha. 

Kupon do ulubionego sklepu kosmetycznego. Ważność skończyła się w styczniu, ups. 






































Menu ulubionej knajpy z sushi na telefon. Chociaż i tak zawsze zamawiamy to samo.






































Dwa zdjęcia wiszące na lodówce od zawsze i chyba na zawsze ;) Piękny nowozelandzki krajobraz + siostra i szwagier mojego męża. Zdjęcie absolutnie najulubieńsze. W sumie mogliśmy sobie powiesić ich zdjęcie ślubne, bo mają zjawiskowe, ale to jest takie jedno, jedyne. Sprzed dwóch lat, kiedy wyjechali na zupełnie drugi koniec świata na pół roku i przysyłali nam zdjęcia pocztą. :)






































Przez cały listopad na lodówce mieliśmy laurkę od Nanowej Zojki. W grudniu zaczął się sezon kartek świątecznych - były trzy ulubione, dwie ze zdjęciami dzieci bliskich moich dziewczyn, jedna od Moni, (tej od fuksjowej zawieszki) chyba najelegantsza kartka, jaką w życiu dostaliśmy.

Magnesy na lodówkę to w ogóle oddzielna historia. Misiek ma z 10 lat, już nie pamiętam, skąd go mam; angielski strażnik od mamy sprzed jakichś 15 lat, przywieziony z Londynu; skrzynka pocztowa dostana od brata męża, pękniętą budkę telefoniczną chyba sama przywiozłam z UK.
Magnesik z ducati kupiony tuż po tym, jak zamieszkała z nami vespa.

Na nieszczęście dla porządku i ulubionej sterylności odkryłam jakiś czas temu, że na drzwiach wejściowych też się świetnie magnesy trzymają. Na razie się powstrzymuję, ale przecież to takie świetne miejsce na przyczepienie listy zakupów ;)