Miłość, znaczy ;-)
W Pradze byłam nie wiem, który raz. Wcześniej bywałam na jeden dzień, na dwa tygodnie, na weekend, na trzy tygodnie, latem i zimą, raz byłam wiosną, pamiętam jeden wyjazd, kiedy było chyba minus piętnaście. Nigdy nie było jakiegoś zawodu, czy rozczarowania. Zawsze było super. Ale nigdy jeszcze nie było takiego efektu WOOOOW, jak teraz, nigdy nie weszłam na Most Karola ze łzami w oczach ze szczęścia, nigdy nie wbiegłam (taaak!) po uliczkach Malej Strany na samą górę pod Hrad bez zadyszki, trzymając w jednej dłoni aparat a w drugiej kubek z kawą. Miałam to szczęście, że pojechałam tam "służbowo", a mimo to do 16 miałam czas na włóczenie się po mieście i siedzenie z otwartą buzią z zachwytu :) Po kilku miesiącach nastroju prosto z czarnej d*py, te dwa dni w Pradze dały mi takiego kopa endorfin, że ach. Niesamowite.
I już wiem, że gdyby nie splot kilku okoliczności, niefajnych i przynoszących wspomniany nastrój z czarnej d*py, to bym pewnie nie dostała takiej dawki radości z powodu wyjazdu do Pragi. Chyba wszystko dzieje się po coś. Albo tak sobie tylko wmawiam ;)